//////

CZŁOWIEK MIT

  • images (1)

 

Nad bramą domu, na balkonie pierwszego piętra, za skrzynkami przekwitłych pelargonii, stał człowiek- -nonsens, człowiek-abstrakcja, człowiek-mit: 200 ki­logramów żywej wagi. Wypełniał sobą balkon bez reszty, był wspaniałym akcentem szarej ulicy. Gdyby pewnego dnia Wincenty Andruszkiewicz wy­prowadził się z Pragi, dzielnica ta straciłaby jedną ze swych największych atrakcji, a ulica Ząbkowską serce handlowej Warszawy  zamieniłaby się w smętny wielkomiejski kanion. Kiedy „Wicuś Mary­narz” kroczy Targową, to jakby sam król albo nawet sierżant milicji wyszedł na spacer. Ze wszystkich skle­pów, zza wózków i straganów witają go przyjazne ukłony i pozdrowienia. „Wicuś” idzie wolno, lekko powłóczy lewą nogą, sapie, podpiera się swą grubą lagą ale jest szczęśliwy.

CHARAKTER POLITYCZNY

  1. images (2)

 

Każdym słowem głosi przekonanie, że „treść epoki zapisana jest zawsze w zewnętrzności”, nie tai jednak potrzeby doszukiwania się źródeł ta­kiego, a nie innego oblicza miasta. Warszawa miała zawsze charakter polityczny. Od razu ze wsi  z przyczyn politycznych  stała się stolicą. Polityczne przede wszystkim względy zdecy­dowały i po ostatniej wojnie o stołecznej randze mia­sta. Elekcje królewskie na błoniach podwarszawskich to były wielkie obozowiska szejków. Potem namioty zaczęły przeobrażać się w pałace. Stawiano je na nad­wiślańskiej skarpie, zawsze tyłem do Wisły, a fron­tem do ulicy. Oczywiście z przyczyn polityczno-prestiżowych…

NIEDOPASOWANA POSTAĆ

images

Z wielką energią i talentem zabrał się do wypełniania luki w naszej wiedzy o wyglądzie świata, w którym nie było jeszcze dagerotypu. Sam zresztą od wczesnej młodości jest posta­cią niedopasowaną do czasów automobili i telegrafu bez drutu, nie mówiąc już o szatańskim wynalazku zwanym telewizją. Fantazja przenosi go z największą łatwością w lata Sobieskiego czy Stanisława Augusta Skonstruował i znakomicie eksploatuje swój prywat­ny wehikuł czasu. Zawsze zanurzał się z rozkoszą w zapładniającej wyobraźnię lekturze historycznej. „Chaos wiadomości ułożył mi się w bardzo precyzyj­ny obraz dziejów ludzkości i stał się moją ukochaną bajką” powiada teraz.

ANTONI UNIECHOWSKI

Warszawa_Namiestnikowski

Jeden z zagranicznych gości odwiedzających stolicą Polski, ksiądz francuski o nieznanym nazwisku, któ­rego cytuje Julian Bartoszewicz (a my za nim na na­stępnych kartach tej książki), przekazuje nam smak i obraz siedemnastowiecznej Warszawy: Przedmieścia warszawskie są piękniejsze, ciągną się na przeszło ćwierć mili: tutaj mieszkają w pała­cach wspaniałych panowie. Gdyby razem wszystko, co składa Warszawę, zgromadzić w jedno, byłoby miasto większe od Lyonu (…) Błota w Warszawie tak dużo w zimie, że ani przejść po ulicach; Polacy do tego na­wykli, noszą albowiem buty ze skóry, które wchodząc do domu jakiego, obmywają z błota”.

TAJEMNICA POCHODZENIA

Ich niecodziennej urody dzieci nazywano „Hiszpanami”. Prababcia spod Somosierry miałaby więc być twórczynią nazwiska warszawskiej rodziny. Jeżeli ta pierwsza wersja traktowana była zawsze jako żart, to druga miała wielu wyznawców, a w swoim czasie krążyła uporczywie po stolicy. Jest to historia niezwykła.Stanisław Eugeniusz, założyciel firmy, był dziec­kiem nieznanych rodziców. Przez cale życie opieko­wała się nim Helena Lubomirska, bezpośrednią zaś pieczę sprawowała pewna dama przez nią upoważnio­na. Młodemu Stanisławowi nigdy niczego nie brako­wało. Od dzieciństwa opiekunowie określili jednak ściśle przyszłą profesję chłopca: „będziesz szewcem”. Kiedy dama, upełnomocniona przez panią Helenę, umierała, wychowanek błagał ją o wyjawienie na­zwisk rodziców. Nie otrzymał odpowiedzi — opiekun­ka przysięgła kiedyś, że pod żadnym pozorem nie zdradzi tajemnicy.

W PIĘKNEJ PRACOWNI

Żyjący po­tomkowie Stanisława — Zdzisław, Maria, Stanisław Wirginia — nie mają już jednak nic wspólnego z rze­miosłem (Wirginia jest lekarzem-dentystą, Zdzi­sław — inżynierem, Stanisław i Maria — grafikami). W pięknej pracowni pani Mari Hiszpańskiej-Neumann przy ulicy Jarosława Dąbrowskiego 69 odbył się zaimprowizowany zlot rodzinny. Zjawiły się trzy pokolenia: pani Zofia Hiszpańska, żona ostatniego właściciela firmy, jej dzieci — pani Maria i Stanisław Hiszpańscy, wreszcie młodziutka Bogna, córka Marii.Wspominano, relacjonowano, rekonstruowano, ko­mentowano wydarzenia minione. Z wielką — i jakże uzasadnioną — dumą przyznawano się do swej szew­skiej przeszłości. Czas nobilitował prozaiczne zajęcia i zwykłe sprawy.

ZGODNIE Z ZAŁOŻENIEM

Co wynika z faktu, że elektrownie otrzymują węgiel o zawartości 30, a nawet 40 i więcej proc. kamienia? Oznacza to, że z kopalni wozi się — często na drugi koniec Polski — ogromną niepotrzebną masę. A prze­cież transport mamy przeciążony. Toteż przez wiele lat, gdy decydowano o budowie elektrowni odległej od Śląska, zakładano, że będzie otrzymywała dobry węgiel o niskiej zawartości kamienia (a po spaleniu — popio­łu). Po co wozić kamień? Zgodnie z takim założeniem elektrownię projektowano na lepszy gatunek węgla. A trzeba wiedzieć, że im gorszy węgiel, tym wyższy koszt budowy elektrowni. W rezultacie elektrownie budowano taniej na dobry węgiel, a gdy rozpoczynano eksploatację, okazywało się, że dobrego gatunku nie ma. 

PODZIAŁ ODPADÓW

Samochody-cystemy stają na tych kratach. To na wypadek, gdyby z nich coś ciekło. Wszystko, co trafia do zakładu, musi być najpierw zbadane. Po to jest laboratorium. Wynik analiz pozwala określać spo­sób postępowania. Gromadzone najpierw w specjalnych zbiornikach, a następnie przywożone do zakładu odpady można po­dzielić na 3 grupy: takie, które w specjalnych warun­kach wolno składować na wysypiskach (np. ziemia zanieczyszczona olejem); odpady wymagające spalenia (np. rozpuszczalniki, stare oleje, stare farby, plastyko­we beczki po smarach); płynne lub półpłynne substan­cje chemiczne, organiczne i nieorganiczne, poddawane tu neutralizacji i detoksykacji. Zakład taki dokonuje więc — zależnie od potrzeby — trzech operacji: spala, poddaje odpowiednim reakcjom chemicznym lub skła­duje otrzymane odpady.

PIERWSZE PRZEPISY

Do niedawna jeszcze trafiały na wysypisko wraz z odpadami komunalnymi. Jest ięh niewiele, ale na wysypiskach nie znikają, przeciwnie — ciągle ich przybywa, a po latach okazuje się, że w całej okolicy jest w studniach zatruta woda.Pierwsze na świecie przepisy regulujace zasady postępowania z odpadami wydano w 1972 r. w Republice Federalnej Niemiec. Równocześnie w miejsce spalarni małych, nieefektywnych, a przy tym zanieczyszczają­cych powietrze, zaczęły powstawać wielkie nowoczesne fabryki o skomplikowanej technologii. Jedna z nich mieści się w Ebenhausen koło Ingolstadt, w Bawarii. Biuro, duże laboratorium, warsztaty, dział fizyko-che­miczny i spalarnia zajmują 4 ha. Spory dziedziniec jest częściowo przykryty kratownicą, pod którą przebiegają kanały. 

Czy reklama w Internecie ma szanse pokonać reklamę telewizyjną

Każdy inwestor zrobi wszystko aby wypromować swój towar. Reklamy są różne, jedne są skierowane na konkretnego odbiorcę inne natomiast szukają możliwości dojścia do konkretnego klienta. Łatwiej zainteresować konkretną osobę produktem, który wyda się jej godny zauważenia, niż zareklamować cos do wszystkich. W tym całym gąszczu reklam, każda która ma się przebić i być zauważalna na rynku musi zaskoczyć swoją wyjątkowością i świeżością. Reklamy powielane nie mają już takiego oddźwięku. Produkty, które są najbardziej rozpoznawalne reklamowane są w telewizji i Internecie, bowiem są to najczęściej oglądane media ze wszystkich. Ze względu na coraz większy dostęp ludzi do sieci należy się spodziewać, że Internet jest tym miejscem gdzie reklama będzie miała największe oddziaływanie na konsumentów. Reklama z telewizji nie zniknie, bowiem jest bardzo duża rzesza ludzi, którzy niezależnie od wchodzenia do Internetu ogląda też telewizję. Reklama w Internecie bardziej zachęca potencjalnych reklamodawców niż telewizja ze względu na koszty, ponieważ reklama w Internecie ma również bardzo szeroki zasięg a jest dużo tańsza od telewizyjnej.

W WIEDZY I PAMIĘCI

  1. images (3)

 

Jeśli chodzi o Warszawę, fantazja ma solidne fun­damenty w wiedzy i pamięci. Artysta wie dokład­nie, co wydobyć „z chaosu przedmiotów, które wraz z mieszkańcami zaludniają domy każdego miasta”. Jak się już sypnie, to w sposób najmniej spodziewany, rysując na przykład ruch lewostronny na Krakowskim Przedmieściu. Pamięć ma patologiczną potrafi dać szczegółowy opis sklepu z zabawkami w Wiedniu lub sklepu japońskiego w Warszawie sprzed pierwszej wojny światowej. Potrafi opisać konny omnibusik, ja­kim w tych zamierzchłych czasach przewoził hotel „Bristol” swoich gości z Dworca Głównego były tam dwa rzędy ławeczek czerwonym pluszem wyście­lonych. Oczywiście pamięta bezbłędnie kształt mebli w PIS-ie i kolor markiz w „Zodiaku”.

OBRAZY PRZEZ SIEBIE PRZEŻYTE

images (4)

Odtwarza też obrazy przez siebie przeżyte Warszawy z lat pierwszej wojny światowej, z okresu międzywojennego. Cza­sem, może zbyt rzadko, kieruje wzrok na dzień dzi­siejszy; jak wielu jego kolegów, kapituluje on przed zawrotną karierą sztuki fotograficznej. Chyba nie­słuszna to rejterada, żadne bowiem zdjęcie nie za­stąpi w pełni widzenia artysty malarza, grafika, rysownika. Znamy doskonale klasyczne typy war­szawskiej ulicy i bohemy XIX wieku pełno ich w rocznikach „Kłosów”, „Tygodnika Ilustrowanego” i innych czasopism. Znamy warszawskich gazeciarzy, dorożkarzy, posłańców, cyklistów i Bóg wie kogo z lat międzywojennych, wiemy doskonale, jak naprawdę wyglądał Fiszer i Bazewicz. 

WPRAWKI DO WIELKIEJ ROBOTY

  • images (5)

 

W latach najstraszniejszej z wojen, kiedy waliło się niebo na Warszawę, Antoni Uniechowski rysował. Tak to już bywa, że gdy grzmią armaty, na jakimś poddaszu rodzą się dźwięki sonat, a w cichej kawia­rence artysta kreśli na bibułkach sielankowe obrazki z czasów Franciszka Józefa. Były to pierwsze wprawki do późniejszej wielkiej roboty. Uniechowski sam zadawał sobie ćwiczenia hi­storyczne rzucał na papier sceny dziejowe, a także uliczne i towarzyskie, z konkretnych epok. Pobudziło go to do studiów historycznego detalu: architektury, mody, obyczaju. Przedziwna lekkość piórka zaczynała coraz wierniej oddawać realia sprzed wieków, a tak­że do czego artysta przykłada szczególną wagę ruch, gest, klimat epok minionych. 

EKSPONAT

images (6)

Eksponatem jest także sam główny lokator. Proszę spojrzeć na jego czarny garnitur, wytworną muszkę, na okulary w drucik oprawne i buciki przydeptane. Proszę obserwować przez moment taneczny krok „To- nia”, jego gesty zabawne, trochę niezręczne, brwi krzaczaste, ale niegroźne. I usta ruchliwe, układa­jące się w grymas trochę sarkastyczny, ale dobrotli­wy. Ma wyraźną skłonność do paplania, do chaotycz­nego przeskakiwania z tematu na temat, do powta­rzania tej samej myśli. Z magmy słów wyłania się jednak na przemian to kapitalna anegdota, to cenna mądrość. Posłuchajmy, co mówi reporterowi:Panie, przed wojną śródmieście Warszawy to był ogromny tłum właścicieli sklepów i sklepików…

BEZ AUTOIRONII

images (7)

Opowiada je nie bez autoironii, dając do zrozumienia, że „przeminęły jak dymek z papierosa”. Niech żałuje każdy, kto nie może usłyszeć osobiście barwnej historii o tym, jak pan Antoni walczył w ustronnym miejscu pewnej kawiar­ni z potężnie zbudowanym atletą, którego pokonał chwyciwszy za… uszy to już prawie opowieść Za­głoby o walce z małpami! Jakże szkoda, że tylko w kameralnym gronie odważa się artysta na dramatycz­ną, dech zapierającą relację z wizyty było to krót­ko przed drugą wojną w pewnym luksusowym sklepie na Krakowskim Przedmieściu: Uniechowski zaplątał się jakoś przypadkowo do nowo otwartego magazynu „Esąuire”, gdzie ku swemu przerażeniu okazał się być pierwszym klientem.